Świadkowie historii

"Ja będę żyła!" Relacja Haliny Aszkenazy-Engelhard

Halina Aszkenazy-EngelhardtHalina Aszkenazy-EngelhardtHalina Aszkenazy-EngelhardtHalina Aszkenazy-EngelhardtHalina Aszkenazy-EngelhardtHalina Aszkenazy-EngelhardtHalina Aszkenazy-EngelhardtHalina Aszkenazy-Engelhardt
Zdjęcie przedstawiające Żydówki z getta warszawskiego w kwietniu '43, pochodzi z raportu Jurgena Stroopa "Żydowska dzielnica mieszkaniowa w Warszawie już nie istnieje!", fot. Instytut Pamięci Narodowej

Halina Aszkenazy-Engelhardt została wywieziona z getta warszawskiego podczas powstania w kwietniu 1943 roku. Poniżej jej wspomnienia.


"15 kwietnia, piątek. Moje urodziny, już kolejne w getcie. Mama przyniosła bułeczki i kawałek kiełbasy. Piliśmy wódkę. To było wielkie święto. Zaprosiłam kolegów i koleżanki. Przyszedł taki poeta, mój adorator, bardzo się przymilał. Mówi do mnie: «Wiesz, patrzę na ciebie, taka młoda jesteś, tylko pomyśleć, że to twoje ostatnie urodziny, a masz dopiero 19 lat». Ja się strasznie zbuntowałam: «Ale co ty mówisz? To nie są moje ostatnie urodziny! Ja będę żyła!». On patrzył na mnie smutnie: «Myślisz? Zdaje ci się».

W sobotę goście przyszli jeszcze raz. Moja mama powiedziała wtedy: «Wiecie, jesteśmy dobrej myśli. Ja mam nadzieję, że coś się rusza tutaj». Miała na myśli powstanie.

19 kwietnia, wtorek. O piątej rano jeden z kolegów przylatuje z krzykiem: «Getto oblężone, armaty, artyleria, strzelają ze wszystkich stron!».

Zaprowadzili nas – kobiety – przez podwórze, do bunkru. Przez dziurę po misce klozetowej, po drabinie zeszło się na dół. A tam kolosalna sala i dużo ludzi. Kilka kubłów stało, żeby cały dzień wytrzymać… Tam siedziałyśmy od rana.

Ciągle słychać strzały. I te buty ciężkie Niemców. Słyszymy, jak chodzą i krzyczą: «Raus! Raus! Raus!». Żeby wyjść. Wiedzieli, że ludzie się chowają. Ale my siedzimy cicho i nic, nie wychodzimy. Cały dzień tak. Wieczorem cisza. Można wyjść. Wracamy do naszego mieszkania, żeby się położyć.

To był pierwszy dzień powstania.

20 kwietnia - to samo. Ciągle strzały. My znowu do bunkru. A tam strasznie, bo już nie było powietrza. Dzieci i kobiety płakały i krzyczały. Wieczorem znów ciszej. Wracamy do mieszkania, a rano z powrotem do bunkru.  

Trzeciego dnia zrobiło się spokojniej. Niemcy wycofali się. Myśleli, że z łatwością zdobędą i zlikwidują całe getto, a tymczasem jest opór – obrońcy getta strzelają, zabijają. Nie idzie tak łatwo. Po dwóch dniach Niemcy sprowadzili tanki, artylerię ciężką i znów otwierają ogień.

Ukryłyśmy się na strychu, ale zaraz słychać krzyki – to Niemcy i Ukraińcy. Każą opuścić domy, bo będą podpalane.  

Na strychu już czuć ogień. Uciekamy górą – przechodzimy przez dziury, z jednego domu do drugiego, za nami kolejni ludzie. Czujemy te płomienie, ten ciężki zapach dymu, czarnego dymu. W końcu stajemy, bo to ostatni dom, koniec ulicy, nie ma dokąd iść.

Nagle jeden chłopak mówi, że okna pierwszego piętra wychodzą na pusty plac. Schodzimy, on wyskakuje pierwszy, potem reszta. Chłopcy łapią dziewczęta. Okazuje się, że to teren opustoszałej fabryki pilnowany przez żydowskich policjantów. Pozwalają nam zostać na noc w jednym z pomieszczeń.

O szóstej rano policjanci wyrzucają nas. Wracamy przez getto, a dokoła wszystko się pali, tli – butelki gorące, żarzące się kamienie, jeszcze czerwone od ognia. Skaczemy przez rozżarzone belki. Nie wiemy dokąd wrócić, dokąd iść. Polska straż ogniowa wskazuje nam kamienicę, którą ugasiła: «Uratowaliśmy ją, bo to jest koło muru i baliśmy się, że ogień przejdzie». Kamienica ugaszona, ale to już tylko gruzy.

Łapiemy tam jakiś pokój, jakieś mieszkanie, żeby być razem. Wychodzimy tylko wieczorem, jak myszy, szukać jedzenia i wody. Wiedzieliśmy gdzie jest mykwa – stamtąd bierzemy wodę, żeby troszeczkę wypić, obmyć twarz, ręce. Do jedzenia nic, tylko jakieś okruchy.

Po kilku dniach Niemcy otaczają budynek. Wchodzą. Wśród nich mnóstwo Ukraińców. Sprowadzają nas na podwórze, każą oddać wszystko, co mamy.

I biorą nas powoli, marszem na Umschlagplatz.

I pakują do tych wagonów, wagonów śmierci”.

***

Halina Aszkenazy-Engelhardt uciekła z pociągu jadącego z Umschlagplatz na Majdanek. Za poleceniem matki trafiła do Bazyliki Najświętszego Serca Jezusowego na warszawskiej Pradze. Pomocy udzieli jej m. in. polscy duchowni, ksiądz Michał Kubacki i siostra Bernadetta. Halina brała udział w powstaniu warszawskim, potem trafiła do Niemiec na roboty. Kilka lat po wojnie wyemigrowała do Izraela. Zmarła w 2016 roku.

***

Wywiad i opracowanie: Klara Jackl

Z kolekcji historii mówionej Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN

Data realizacji wywiadu: 20.04.2013 r.

14.04.2017