Świadkowie historii

"W getcie jak w piecu". Relacja Krystyny Budnickiej

Powstanie w getcie warszawskim, 19 kwietnia 1943Powstanie w getcie warszawskim, 19 kwietnia 1943Powstanie w getcie warszawskim, 19 kwietnia 1943Powstanie w getcie warszawskim, 19 kwietnia 1943Powstanie w getcie warszawskim, 19 kwietnia 1943Powstanie w getcie warszawskim, 19 kwietnia 1943Powstanie w getcie warszawskim, 19 kwietnia 1943Powstanie w getcie warszawskim, 19 kwietnia 1943
Grupa Żydów wyprowadzona przez Niemców z bunkrów podczas powstania w getcie warszawskim. Zdjęcie pochodzi z raportu Jurgena Stroopa "Żydowska dzielnica mieszkaniowa w Warszawie już nie istnieje!", fot. Instytut Pamięci Narodowej

Krystyna Budnicka (przed wojną Hena Kuczer) po zakończeniu akcji likwidacyjnej w getcie warszawskim we wrześniu 1942 r. pozostała niemal rok w ukryciu. Najpierw w skrytce przy ul. Miłej. Od stycznia do września 1943 r. – w bunkrze przy ul. Zamenhofa. Miała 11 lat, gdy w getcie warszawskim 19 kwietnia 1943 r. wybuchło powstanie zbrojne Żydów przeciwko Niemcom.


„Bunkier był na Zamenhofa...

Nie pamiętam gdzie dokładnie. Do powstania to tam było jakieś 30, 35 do 40 osób.

Bunkier był wybudowany tak, że wykop był poniżej poziomu piwnicy i ta ziemia, która została wybrana, została  umieszczona na stropie przy pomocy desek i balii.

Co potem było - jak się okazało - naszym przekleństwem.

Były tam dwa pomieszczenia. Jedno, w którym się mieściły zapasy. Potem schodziło się w dół do tunelu. Tam były prycze, miejsce koczowania.

Było połączenie z kanałem. To dawało jakąś możliwość przejścia na stronę aryjską.

Tam był właz. Mówili, że waży 70 kilo. Automatycznie zatrzaskiwany. Zamaskowany.

Przestawiliśmy noc na dzień. Mieliśmy  racje żywnościowe. Zupa plujka, z owsa to się rozgotowywało na maszynce elektrycznej. Łazienki nie było. Robiło się do wiaderka i wylewało do kanału. Miednica była i po kolei ludzie się myli.

Ojciec stracił werwę , stał się słaby fizycznie i jakoś tak poczuł się bezradny wobec tego, co się dzieje. Zawalił mu się świat prawdopodobnie. Bracia wszystkim zawiadywali.

Ludzie pytają mnie, co tam robiłam przez tak długi czas.

Nic.

Bo już nawet książki nie miałam do czytania.

*

Moi bracia Rafał, Chaim i Izaak - trzech chłopców - poszło do powstania.

Broni nie widziałam. Na pewno nie byli w powstaniu do końca maja. To mogło być kilka dni.

Wyszli z powstania, jak zaczęło się naokoło palić. Wszystko się waliło. To był piec dosłownie, bo ta ziemia nad nami się rozpaliła.

Najgorsze, że ten żelbetonowy strop zawalił się, a tam były zapasy żywności. To było w czasie, kiedy Niemcy bombardowali. I myśmy zostali dosłownie z dwoma workami jakiegoś owsa. Kartofle zupełnie skamieniały. Wszystko było rozgrzane jak w piecu. Uciekliśmy do kanału, żeby trochę ochłonąć. To Niemcy rzucili gaz do kanału. Był taki zielony  osad. Zostaliśmy bez światła, bez niczego, bez wody. Pamiętam, jak chłopcy w mokrych szmatach drążyli przejście i dobrali się do jakiejś sąsiedniej piwnicy.

Pamiętam swój głód.

Wyobrażałam sobie, że jem chleb.

To była taka wyobraźnia, że ja gryzę chleb, że żuję.

*

Z bunkra pamiętam lekarza, małżeństwo z dwiema córkami i z synem. Oni wyszli wcześniej. Było też później takie małżeństwo bezdzietne. Ona miała nogę w gipsie. Lekarz któregoś dnia powiedział: «Ja muszę wyjść, pierwszy raz mój zegarek stanął. To jest jakiś dla mnie znak». Że kończy mu się życie -mówił. W histerię wpadł i nas opuścił.

Pamiętam też, jak mój brat przyprowadził narzeczoną. Ona straciła całą rodzinę i nie miała się gdzie podziać. Wtedy mama powiedziała: «No to weźcie ślub, no bo jak to tak będziecie tu razem mieszkać... ». Ceremonię tata mój prowadził, jako najstarszy. Wtedy nie nosił brody, bo mu brodę Niemcy obcięli w 1939 roku, jak tylko weszli.  Pół brody mu obcięli i od tego czasu on w ogóle już brody nie nosił. Ale dalej był religijny. Pamiętam go modlącego się.

*

Któregoś dnia przyszedł do nas człowiek z zewnątrz, bo to było umówione i Rafał po niego wyszedł. Przyniósł jakieś jedzenie. To w ogóle było jakieś objawienie, ktoś nie z tej ziemi przyszedł i powiedział: «Nie martwcie się, wszystko będzie dobrze, my was stąd zabierzemy».

No i przyszli. Jak przyszli, to okazało się, że właz jest zalutowany i że nie mogą go otworzyć i wtedy trzeba było pójść do innego włazu. A to już było prawie niemożliwe, bo po prostu nie mieliśmy siły, żeby iść i to był jakiś kawał drogi i musieliśmy sforsować taki kanał burzowy, w którym był bardzo silny nurt. No i wtedy została mama. Ojciec nie miał sił, ta kobieta w gipsie była zupełnie bez sił... I moja siostra powiedziała, że ona nie pójdzie, nie zostawi ich. I została. A mnie mama kazała iść dalej. Zaczęliśmy się prawie topić. Na początku szedł mój brat mały i jego porwała fala, zgasła latarka i myśmy stanęli. Ciemno, woda, wir jest potworny, zaparliśmy się łokciami i czym można było - a trzeba było sforsować taki róg, żeby przejść do tego drugiego włazu.

*

Leżałam taka mało przytomna, to był jakiś taki fizyczny stan, w ogóle do mnie jakoś nic nie docierało. Koło mnie leżał ten mój brat mały. Rozchorował się po tym topieniu w kanale. Później on zresztą z tego umarł....

Przemycili nas do pana Wasilewskiego, który był bardzo dobrym człowiekiem i tam był też taki punkt kontaktowy. Przyszedł zięć tego pana, który zaczął wołać, żeby mu dać dolary i złoto, a Rafał - był taki bardzo słaby i ledwo się na nogach trzymał, dostał czerwonki czy tyfusu - powiedział do niego: «No to możesz nas zabić, my nic nie mamy przecież, jak chcesz to wydaj».

Zabrali nas stamtąd. To znaczy taka organizacja, tam już była jakaś, nie wiem kto, nie wiem co. W cztery worki zapakowali nas, takie nitowe, z prześwitem. Wtedy, po iluś tam latach, zobaczyłam, że gdzieś jest świat, że gdzieś jeżdżą samochody, na taką platformę konną nas w te worki zapakowali... Na Mokotowską nas zabrali. Tam było bezpieczniej.

*

Dużo rzeczy nie wiem. Gdybym wiedziała, że to trzeba wiedzieć, to bym może.... że to powinno się pamiętać. Taka Anna Frank, prawda, która wszystko opisała... ona była starsza chyba trochę ode mnie. Moi bracia pisali pamiętniki, przecież. Dzienniki pisali”.

***

Ostatecznie z bunkra przy Zamenhofa przeżyły jedynie Krystyna Budnicka i jej bratowa Anna. Po stronie aryjskiej kilkakrotnie zmieniały kryjówki i opiekunów. Na ich utrzymanie prawdopodobnie płaciła Rada Pomocy Żydom „Żegota”. Krystyna Budnicka przeżyła również powstanie warszawskie 1944 r. Po wojnie pracowała jako pedagog z dziećmi z porażeniem mózgowym. Jej bratowa wyjechała do Izraela. Krystyna Budnicka od kilku lat, opowiadając swoją historię wolontariuszom, młodzieży szkolnej i nauczycielom,  wspiera Muzeum POLIN m.in. w kampanii społecznej „Żonkile”. Cała rodzina Krystyny Budnickiej zginęła. Matka Cyrla, ojciec Józef Lejzor, siostra Perla i bracia Izaak, Boruch, Szaja, Rafał (Ruben), Chaim i Jehuda. Niech ich dusze związane zostaną w węzeł życia.

***

Wywiad: Anka Grupińska

Opracowanie: Joanna Król

Wywiad pochodzi z kolekcji ośrodka Centropa

Data realizacji wywiadu: sierpień 2003 r.

19.04.2017