Rocznice i święta

Kalendarz strychowy: Historia Zagłady zapisana w przedmiotach

Celina Glücksberg  przed wybuchem II wojny światowej studiowała psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Pochodziła z rodziny drukarzy i wydawców. Glücksbergowie drukowali m.in. "Kłosy" i inne czasopisma w późnym XIX wieku. Była ulubioną wnuczką swojego dziadka, który nigdy nie chciał zaczynać bez niej kolacji szabatowej, mimo że mówił na nią "apikojres" ("odszczepieniec") – jako że rodzice nie wychowywali córki w tradycji żydowskiej.


Celina Glücksberg ocalała z Zagłady na Ukrainie. Ukrywała się prawdopodobnie w okolicach Łucka. Po wojnie pracowała jako dziennikarka reportażystka. O jej losach opowiada jej wnuk Jan Grądzki – na co dzień przewodnik i edukator w Muzeum Historii Żydów Polskich.

Przedmiot dostał nazwę "kalendarz strychowy". Moja mama znalazła to w papierach po śmierci babci Celiny, czyli swojej mamy. Dwie wizytówki, na których wydrukowano tylko nazwisko – Sarnawska Aniela. Resztę mogliśmy tylko wydedukować, bo nikt nie spodziewał się takiego znaleziska.

Babcia używała tego do odmierzania dni upływających jej w ukryciu. Każda linijka – czyli siedem pionowych kresek – to jeden tydzień. A jeszcze co ciekawe - co pewnie najlepiej widać, jak się zeskanuje i powiększy - to skróty nazw miejscowości, do których docierał front. Ze szczególnym uwzględnieniem frontu wschodniego. Historia kończy się na ostatnim zaznaczonym miejscu – Łucku.

Wiadomo, że najprawdopodobniej babcia ukrywała się właśnie w tamtych okolicach. Ale w ogóle wiadomo bardzo niedużo na temat całej tej historii.

Da się wywnioskować z całą pewnością, że ani nie była deportowana, ani nie ewakuowała się zbyt daleko, kiedy Niemcy dokonali inwazji na Związek Radziecki, bo właśnie przed Niemcami musiała się ukrywać. Ale oprócz ukrywania pewnie przedtem – tak by wskazywał sam kalendarz – pracowała przymusowo w niemieckim gospodarstwie rolnym, pewnie też w okolicach Ukrainy.

Wydaje mi się, że kalendarz był kilka razy wycierany i zapisywany na nowo. Więc tylko wiemy, kiedy to się kończy – 2 lutego 1944 r. – w dniu wkroczenia do Łucka Armii Czerwonej.

Wiadomo też, że raz pewien Niemiec ostrzegł ją, że będą pozbywać się żydowskich pracowników, że musi uciekać. Był kiedyś i inny epizod, gdy Niemcy mieli rozstrzelać całą grupę ludzi i oficer powiedział do żołnierzy: "Tę zostawcie dla mnie".  Potem przez dłuższy czas prowadził ją na muszce pistoletu w las. Aż kazał iść precz.

W czasie tego ukrywania babcia masowo lepiła pierogi. To był jej gospodyni sposób na to, żeby zarobić trochę pieniędzy - lepiła pierogi, czy kazała robić to babci, czy robiły to razem. Sprzedawała pierogi, kupowała od Niemców mąkę czy cukier.

Tak to wyglądało.

Natomiast w tych dużo dłuższych przerwach między lepieniem pierogów babcia musiała cały czas przebywać na strychu, oczywiście w absolutnej ciszy. Żeby nie dać o sobie znać.

Kalendarz strychowy znajduje się w tej chwili jako kopia na wystawie stałej, w galerii "Powojnie". Trochę ukryty w zaułku.

Przy przebieganiu najszybszą drogą przez wystawę raczej nie sposób go zauważyć. To w zasadzie trzeciorzędny punkt narracji.

To jest taka ilustracja do ilustracji czy przypis.

Stąd nazwa – kalendarz strychowy.

Wywiad z Janem Grądzkim pochodzi z kolekcji historii mówionej Muzeum Historii Żydów Polskich. Realizacja: Małgorzata Kozera, 12.02.2015 r. Opracowała: Joanna Król.

Kalendarz strychowy - Łuck/Ukraina, 1942–1943, papier/ rękopis, 9,8 × 5,5 cm, MHŻP-B35/a-b

17.01.2017