Świadkowie historii

„Komendant był dla nas jak Bóg”. Relacja Romana Kenta

fot. Archiwum rodzinne Romana Kenta

W obozie pracy we Flossenbürgu Niemcy zgromadzili dzieci. Zostały przeniesione z obozu Gross-Rosen, aby pracować w lepszych warunkach w fabrykach bawarskich. Lecz przez wiele dni Niemcy nie przydzielali pracy. Gdy zarządzili apel, aby policzyć wszystkich więźniów, w tłumie rozeszła się plotka o planowanej wywózce do obozu śmierci. W ciemności i mrozie nieruchomo oczekiwało 805 osób.

 „Staliśmy na placu apelowym przez godzinę, może dwie. Zamarzaliśmy. W pewnym momencie wyszedłem przed szereg i podszedłem do komendanta obozu. Był dla nas jak Bóg” – wspomina Roman Kent.

 „Powiedziałem: «Panie komendancie, jestem tutaj z bratem, jesteśmy młodzi i chcemy pracować»”.

Roman miał piętnaście lat. Jego ojciec zmarł w łódzkim getcie z niedożywienia, matka wraz z siostrami została w Auschwitz-Birkenau. Gdy wraz z bratem Leonem zostali odseparowani od reszty rodziny, wydostali się z Auschwitz, a później z Gross-Rosen. Teraz ponownie musieli walczyć o ocalenie.

„Komedant zgodził się przydzielić nam pracę. Z tłumu dołączyli następni. Było nas pięciu chłopców. Co stało się z resztą?”

W tym czasie do obozu dotarł inny transport więźniów.

„Z Auschwitz przyjechało 800 dorosłych ludzi. Razem z nimi poszliśmy do fabryki. Pozostałe dzieci wysłali na śmierć. Dlaczego nas ocalili? Według Niemców wszystko musiało być w porządku. Z Auschwitz dostali 800 osób, więc tyle samo musieli wysłać z powrotem. Po ocaleniu naszej piątki, rachunki się zgadzały”.

Bracia pozostali w obozie do kwietnia 1945 roku. Wówczas Niemcy zarządzili ewakuację. W marszu śmierci zmierzali w kierunku KL Dachau. „Przede wszystkim maszerowaliśmy w nocy. To nie był zwykły marsz. Jeśli ktoś nie miał już sił i upadł na pobocze drogi, od razu został zabity”.

Czwartego dnia Roman i Leon stracili ostatnie resztki pożywienia. Niemcy nakazali marsz, ale bracia czuli się bardzo słabo. „Wiedzieliśmy, że nie możemy już dłużej maszerować i przesuwaliśmy się bardzo powoli w stronę końca kolumny”. Wkrótce nadeszła armia amerykańska i zostali wyzwoleni.

„Gdy doszliśmy do siebie, naszą pierwszą myślą było odnalezienie rodziny i przyjaciół. Jak to zrobić po wojnie? Jest chaos, nie ma sposobu komunikowania się, nie ma dawnych społeczeństw. Wszyscy Żydzi, którzy żyli w Polsce, są bezdomni, nie wiadomo gdzie. Podróżowaliśmy i szukaliśmy”. Po kilku miesiącach udało im się odnaleźć siostry. Matka zginęła w Auschwitz.

Opracowanie: Mateusz Szczepaniak.

Na podstawie wywiadu z Romanem Kentem udzielonego dla USC Shoah Foundation.

21.01.2016