Rocznice i święta

4.07.2019

73. rocznica pogromu Żydów w Kielcach

Miejsce pogromu kieleckiego / fot. Krzysztof Bielawski

W czwartek, 4 lipca 1946 r. tłum mieszkańców Kielc, przy udziale milicjantów i żołnierzy, dokonał masakry ocalałych z Holocaustu Żydów, mieszkających w budynku przy ul. Planty 7/9. Iskrą, która zainicjowała wybuch przemocy, była plotka o mordzie rytualnym chrześcijańskich dzieci.

Ciąg wydarzeń prowadzących do pogromu kieleckiego rozpoczęło zniknięcie z domu ośmioletniego Henryka Błaszczyka. Ojciec, Walenty Błaszczyk, zgłosił zaginięcie syna na posterunku milicji. Tymczasem chłopiec bez wiedzy rodziców przebywał u rodziny na wsi. Kiedy 3 lipca wieczorem wrócił do domu, w obawie przed karą opowiedział, że przez trzy dni był uwięziony przez Żydów w piwnicy, skąd udało mu się uciec. Chłopiec najwyraźniej odwołał się do funkcjonującej w świadomości potocznej legendy o porywaniu dzieci chrześcijańskich "na macę" (a krążącej po wojnie unowocześnionej wersji – o wykorzystywaniu ich krwi do transfuzji, mającej wzmocnić wycieńczonych Żydów).

4 lipca rano Walenty Błaszczyk z synem udał się na komisariat, by złożyć stosowny meldunek. Po drodze Henio „rozpoznał” dom, gdzie go rzekomo przetrzymywano. W kamienicy przy ul. Planty 7/9 mieszkało stu kilkudziesięciu żydowskich ocaleńców. Mieścił się tam Komitet Żydowski oraz kibuc, ale wcale nie było tam piwnic. Na miejsce wysłano patrol MO. Po drodze milicjanci rozpowiadali, że idą szukać pomordowanych polskich dzieci. Dołączali do nich kielczanie, a wieść o mordzie rytualnym z szybkością pożaru rozprzestrzeniała się po mieście. W podawanej z ust do ust wiadomości liczba zabitych dzieci urosła do kilkunastu. Pod domem żydowskim zaczął się gromadzić wrogi tłum.

Katalizatorem pogromu było zachowanie się służb mundurowych. Przeprowadzona przez milicjantów rewizja „w poszukiwaniu pomordowanych dzieci” zdawała się potwierdzać społeczne wyobrażenia o mordzie rytualnym. W tłumie narastała psychoza, wznoszono okrzyki, "śmierć Żydom", "bić ich za nasze dzieci", a w kierunku domu przy Plantach poleciały kamienie. Przysłani na miejsce żołnierze zamiast opanować sytuację wymieszali się z cywilami i faktycznie włączyli do pogromu. Gdy wojskowi weszli do budynku w poszukiwaniu broni (Żydzi posiadali legalnie kilka pistoletów do samoobrony), wewnątrz rozległy się strzały. Pojawiła się pogłoska, że Żydzi zabili polskiego porucznika. W rzeczywistości strzelali żołnierze, zabijając m.in. przewodniczącego Komitetu Żydowskiego dr Seweryna Kahane. Doszło również od rabunków.

Żołnierze i milicjanci, którzy podzielali nastroje ogółu, wywlekali Żydów na zewnątrz i oddawali ręce tłumu. Kilka osób wyrzucili przez okna i z balkonu drugiego piętra. Ofiary bito sztachetami, kamieniami, żelaznymi prętami, kolbami karabinów. Część poszkodowanych miała rany postrzałowe i od bagnetów. Nieliczni funkcjonariusze, którzy stawali w obronie Żydów, spotykali się z agresją rozhisteryzowanego tłumu jako "żydowskie pachołki". Tymczasem pogłoska o mordzie rytualnym dotarła do kieleckiej huty "Ludwików". Na hasło "wy tu pracujecie, a tam wasze dzieci mordują" kilkuset robotników uzbrojonych w metalowe narzędzia pospieszyło na Planty. Ich przybycie rozpoczęło druga, najkrwawszą fazę pogromu. Kres przemocy położyła po południu interwencja kolejnego, lepiej dowodzonego oddziału wojska, który ewakuował Żydów w bezpieczne miejsce.

Antyżydowska agresja rozlała się również na ulice Kielc. Doszło do kilku zabójstw i napaści na żydowskie mieszkania. Wrogi tłum zebrał się także pod szpitalem, dokąd zawieziono rannych. Pod wpływem rozprzestrzeniających się wieści o mordzie rytualnym miały również miejsce napaści i zabójstwa Żydów w pociągach na liniach kolejowych przechodzących przez Kielce.

Podczas pogromu zginęło co najmniej 40 Żydów, a także 2 Polaków, którzy stanęli w ich obronie; rannych zostało około 40 osób. Następstwem pogromu kieleckiego był wybuch paniki wśród polskich Żydów i fala emigracji, która objęła około 100 tysięcy osób.

Pogrom kielecki był kompromitujący dla miejscowych władz, które nieudolnie i chaotycznie reagowały na rozwój wydarzeń. Odbił się również głośnym echem za granicą. 8 lipca zorganizowano manifestacyjny pogrzeb ofiar z udziałem przedstawicieli władz, komitetów żydowskich, wojska, organizacji społecznych i mieszkańców miasta. Dzień później rozpoczął się pierwszy proces sprawców, w którym w trybie doraźnym skazano na śmierć dziewięć przypadkowo dobranych osób. W kolejnych procesach ukarano więzieniem jeszcze kilkudziesięciu uczestników pogromu.

Władze oskarżyły o zorganizowanie pogromu podziemie antykomunistyczne. Z kolei opozycja i podziemie niepodległościowe dopatrywało się za jego kulisami prowokacji władz komunistycznych, mającej odwrócić uwagę od sfałszowania referendum z 30 czerwca 1946 r. Wśród teorii spiskowych na temat pogromu kieleckiego pojawiała się i taka, że wywołali go syjoniści, by w ten sposób przyspieszyć emigrację Żydów z Polski. Jednak przeprowadzone współcześnie śledztwo prokuratorskie i badania historyków nie dostarczyły dowodów na czyjąkolwiek prowokację.

Pogrom kielecki można wyjaśnić bez uciekania się do tej hipotezy, analizując dynamikę interakcji społecznych, u których podłoża leżały głęboko zakorzenione przesądy, niechęć do powracających po wojnie Żydów, obawy związane z odzyskiwaniem przez nich własności, wreszcie żywy stereotyp "żydokomuny". Zapalnikiem tego społecznego dynamitu stała się pogłoska o mordzie rytualnym i zachowanie "ludzi w mundurach", które legitymizowało działania tłumu. Nie był to zresztą przypadek wyjątkowy. Podobny mechanizm zadziałał w przypadku pogromu w Krakowie w sierpniu 1945 r.

Więcej informacji znajdą Państwo w portalu Wirtualny Sztetl.

28.06.2018