Świadkowie historii

„Sam w pociągu”. Relacja Mattiego Greenberga

„Moje pierwsze wspomnienie jest takie, że siedzę na ławce w pociągu, przy mnie paczka zapakowana niebieskim papierem i prawdopodobnie płaczę” – wspomina Mati Greenberg.

Chłopiec był sam. Do niebieskiej paczki włożono kartkę z informacją, że nazywa się Tolek Wajnsztajn, ma trzy latka, i prośbą, aby się nim zaopiekować. W paczce były też sweterki, bluzeczki i spodenki na szelkach.

Jeździł tam i z powrotem z Mińska Mazowieckiego do Warszawy. Po kilku godzinach do pociągu weszła Wanda Bulik. Zabrała chłopca do swojego domu w Wesołej.

W domu okazało się, że chłopiec jest obrzezany.

Mimo to Bulikowie zaopiekowali się Tolkiem. „Nie wyrzuca się dziecka na ulicę”, powiedzieli po latach. Mieli piekarnię, rodzina nie cierpiała głodu.

„Byłem jakby ich dziecko. Traktowałem ich jak moich rodziców, braci, członków rodziny. Dokazywałem z dzieciakami. Bawiliśmy się w piekarni. Skakaliśmy przez worki. Raz upadłem do beczki mąki i cały biały byłem. Z  babcią chodziliśmy do lasu zbierać grzyby, jagody. Pamiętałem te ziemniaki z masłem i koperkiem i zsiadłe mleko. Smaki dzieciństwa”.

Matti prawie nic nie wie o swojej prawdziwej rodzinie. „Moi rodzice mieszkali na ulicy Chłodnej 15, nazywali się Cyla i Mieczysław, czyli Mietek Wajnsztajn. Nawet nie wiem jak dokładnie pisze się Wajnsztajn”. On, dzięki pomocy Antoniny Liro, znajomej rodziny, został wyniesiony z getta warszawskiego tuż przed jego likwidacją. Reszta rodziny zginęła.

Gdy wojna się skończyła, Tolek poszedł do pierwszej klasy. „Pewnego dnia pół roku później przyjeżdża auto, wysiada oficer, kapitan i jakaś para, którzy się przedstawiają jako moi rodzice. Przyszli mnie wziąć. Ja naturalnie nie chciałem. Ale jakoś mnie przekonali i wzięli mnie do Warszawy. Wyjechaliśmy w 1946 roku”.

Po bolesnym rozstaniu kontakt z Bulikami i Polską urwał się. Tolkowi zmieniono imię i nazwisko na Mati Greenberg. Gdy miał dwadzieścia lat dowiedział się, że opiekunowie nie są jego prawdziwymi rodzicami. Został wojskowym w Izraelu. Przez wiele lat nie wracał do wspomnień z czasów wojny.

„I nagle zwróciła się do mnie jedna pani, czy jestem gotów wziąć udział w filmie o dzieciach, co szukają swojej rodziny, więc się zgodziłem. Ten film był nadawany i w izraelskiej, i w polskiej telewizji. Pewnego dnia sprawdzam pocztę, biorę kolejną brązową kopertę i widzę polski znaczek, adresowany do mnie. Przewracam, Antonina Liro. Nie mam pojęcia, kto to jest. Otwieram ten list. Zaczynam czytać i nagle mi krew z głowy zlewa i po prostu załamałem się do krzesła. Po paru dniach byłem w Warszawie”.

Na miejscu okazało się, że Wanda Bulik też poszukuje Mattiego. Spotkali się. 

„Do 1990 roku nie myślałem, że kiedyś przyjadę do Polski, że to będzie możliwe. Była za żelazną kurtyną”. Teraz przyjeżdża regularnie, spotyka się z Bulikami i rodziną Liro.

„Na początku to było dziwne uczucie. Gdy pierwszy raz przyjechałem, od razu to było coś innego, jak deja vu. Coś znajomego. Inne uczucie niż w każdym innym miejscu na świecie. Bo ja wiem... bliżej niż w domu. Dom jest w Izraelu, ale na drugim miejscu będzie Polska”.

***

Wywiad i opracowania: Klara Jackl.

Z kolekcji historii mówionej Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Data realizacji wywiadu: 02.07.2014. 

Wywiady ze świadkami historii zbierane są w ramach projektu „Sąsiedzi- świadkowie. Przedmioty, ludzie, opowieści” realizowanego w ramach Programu „Żydowskie dziedzictwo kulturowe”. 

Wsparcie udzielone z funduszy norweskich i EOG przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię

 

www.eeagrants.org, www.norwaygrants.org 
Więcej o projekcie „Żydowskie dziedzictwo kulturowe”

21.01.2016